opowiadanie cz 1
Ostatnia niedziela miesiąca, a ja znów na obiedzie u teściów. Nie ma to ten to tamten. Trzeba być. Z niechęcią wpiołem się w garnitur i krawat. Nie mówię, że nie lubię tego stroju, to nie to. Ale niewątpliwie krawat uciska gdy teściowa zaczyna biadolić jaka to jej córka jest biedna, że ma takiego męża. Nie wiem czemu uważa mnie za coś złego. W końcu pracuję i zarabiam. Do tego dochodzi jej niczym nie poskromiony zapał do przesolenia wszystkiego co można przesolić. Rozumiecie więc teraz moją niechęć do obiadków u teściów. No więc przyszliśmy. Już od progu wyczułem specyficzną woń spalenizny. Kiedy w końcu obiad stanął na stole zastanawiałem się czy lepiej wziąć więcej mięsa czy ziemniaków, które będzie przesolone. Uznałem, że lepiej wziąć ziemniaki i mniej mięsa. O mamo jak się pomyliłem. Nie dość, że ziemniaki były totalnie przesolone, to zrozumiałem co było powodem tego smrodu spalenizny, właśnie mięso. Dobrze, że choć jest kompot. Dorwałem się do niego jak opętany wypijając prawie cały za jednym zamachem.